Diabeł Stróż
czyli każdy ma to, na co zasługuje
Pierwszy raz zobaczyłam go we wtorek, kiedy próbował podpalić mój toster. Nie wyglądał jak diabeł. Wyglądał raczej jak ktoś, kto od siedmiuset lat nie spał i właśnie odkrył, że ludzie wkładają metalowe noże do działających urządzeń elektrycznych.
- To było ostrzeżenie - powiedział, siedząc na kuchennym blacie.
-Przed czym?
-Przed tobą głównie.
Pomyślałam wtedy, że albo zwariowałam, albo weszłam właśnie w bardzo złą metaforę. Toster rzeczywiście się palił. Niewielkim, obrażonym płomieniem, jakby ogień sam nie był przekonany, czy chce brać udział w tej scenie. Wyciągnęłam wtyczkę z kontaktu i otworzyłam okno. Do kuchni wlało się zimne, marcowe powietrze i zapach mokrego asfaltu. Na parkingu pod blokiem ktoś próbował odpalić starego opla, który brzmiał tak, jakby umierał od 2004 roku, ale robił to bardzo konsekwentnie.
Mężczyzna siedzący na blacie obserwował mnie z miną skrajnego rozczarowania gatunkiem ludzkim. Był ubrany całkiem zwyczajnie. Ciemny płaszcz, czarny golf, trochę za długie włosy. Miał twarz człowieka, który widział upadek kilku cywilizacji i nadal musi odbierać telefony.
-Nie spanikowałaś nawet trochę - zauważył.
-Jest wtorek - odpowiedziałam. - We wtorki nie mam już siły panikować.
Kiwnął głową, jakby to była najbardziej sensowna rzecz, jaką usłyszał od stuleci. Potem westchnął ciężko i spojrzał na lodówkę oklejoną żółtymi karteczkami:
„Oddzwonić do mamy.”
„Kupić mleko.”
„Nie zapomnieć żyć.”
Na ostatniej kartce zatrzymał wzrok odrobinę dłużej.
-Och, to jest zawsze dobry żart - mruknął.
-Słucham?
-Ludzie zapisują sobie życie między zakupami a wyjściem na spacer. Bardzo ambitny gatunek.
Powinnam była wyrzucić go za drzwi. Albo zadzwonić po pomoc. Albo przynajmniej zapytać, kim jest i dlaczego siedzi w mojej kuchni jak zmęczony kruk.
Zamiast tego nastawiłam wodę na kawę.
-Cukier? Mleko?
Spojrzał na mnie z autentycznym przerażeniem.
-Pani mnie obraża. Mam swoją godność.
Wstał z blatu i usiadł przy stole tak, jak siadają ludzie, którzy nie wierzą, że zostaną gdziekolwiek na długo. Ostrożnie, trochę bokiem, jakby w każdej chwili ktoś miał mu przypomnieć, że jednak nie jest mile widziany.
Kiedy postawiłam przed nim kubek, spojrzał do środka z podejrzliwością.
-Nie próbowałaś nic dosypywać?
-Do kawy?
-Ludzie dosypują różne rzeczy. Cynamon. Kardamon. Uczucia.
-Ostatnie mi się skończyły.
Roześmiał się krótko. Pierwszy raz wyglądał wtedy mniej jak ptaszysko, a bardziej jak człowiek, który zbyt długo rozmawiał wyłącznie z własnymi myślami.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Toster stygł na blacie po swoim krótkim romansie z ogniem. Za oknem padał drobny deszcz i wszystko wyglądało tak zwyczajnie, że aż nierzeczywiście.
-Dobra - powiedziałam w końcu. - Kim ty właściwie jesteś?
Spojrzał na mnie ponad kubkiem.
-To zależy od epoki.
-Słucham?
-W średniowieczu byłbym omenem. W romantyzmie przeklętym przewodnikiem. W latach dziewięćdziesiątych pewnie grałbym w zespole metalowym. A teraz…
Rozejrzał się po kuchni.
-Teraz najbliżej mi chyba do wsparcia technicznego dla ludzi, którzy nie powinni zostawać sami ze swoim życiem.
-To dalej nie jest odpowiedź.
Westchnął ciężko, odstawił kubek i potarł dłonią twarz.
-Dobrze. Oficjalnie jestem twoim Diabłem Stróżem.
Parsknęłam śmiechem.
-Moim czym?
-Diabłem Stróżem. Naprawdę ludzkość musi wszystko nazywać tak teatralnie?
-Chcesz mi powiedzieć, że zamiast anioła przydzielili mi diabła?
-„Przydzielili” to bardzo optymistyczne określenie. Bardziej… nikt rozsądny nie chciał się tego podjąć.
-Tego, czyli?
Spojrzał na mnie z dziwną mieszaniną irytacji i współczucia.
-Pilnowania, żebyś przypadkiem nie przeżyła całego życia na pół gwizdka.
Nie odpowiedziałam od razu. Coś w tym zdaniu ukłuło mnie odrobinę za mocno.
On oczywiście zauważył.
-O, mamy reakcję emocjonalną - mruknął. - Niedobrze. Zaraz zacznie się wypieranie.
-Nie wypieram niczego.
-Wczoraj przez czterdzieści minut oglądałaś filmiki o renowacji starych latarni morskich, żeby nie odpisać na jedną wiadomość.
-To był research.
-Do czego? Do życia jako samotny strażnik wybrzeża?
Nienawidziłam go już właściwie od początku i nie wiem, dlaczego nie wyrzuciłam go za drzwi. Wstał nagle i podszedł do okna. Przez chwilę patrzył gdzieś w szare niebo nad blokami.
-Wiesz, jaki jest największy problem z ludźmi? - zapytał cicho.
-Mamy irytującą potrzebę zadawania pytań retorycznych?
Uśmiechnął się lekko.
-Nie. Największy problem jest taki, że przyzwyczajacie się do własnego nieszczęścia. A potem bronicie go jak rodzinnej pamiątki.
Odwrócił się w moją stronę.
-I właśnie dlatego tu jestem.
-Żeby podpalać sprzęty AGD?
-Żeby pilnować, żebyś nie zmarnowała sobie życia w sposób społecznie akceptowalny.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy.
Nie lubię ludzi (wiem, w tym przypadku to nadużycie), którzy mówią rzeczy trafiające prosto w środek człowieka z taką łatwością, jakby mieli tam od dawna dorobione klucze. A on wyglądał właśnie na kogoś takiego. Kogoś, kto potrafiłby wejść do cudzych myśli bez pukania, rozejrzeć się krytycznie i jeszcze zostawić karteczkę z uwagami.
-To bardzo dramatyczne zdanie jak na faceta, który przed chwilą próbował zamordować pieczywo - powiedziałam.
-Chleb przeżył.
Spojrzałam na zwęglony tost leżący obok zlewu.
-To zależy od definicji życia.
Machnął ręką.
-Szczegóły.
Potem odwrócił się znowu do okna i zmrużył oczy, jakby nasłuchiwał czegoś bardzo daleko.
-O nie - mruknął.
-Co?
-Anioł.
Powiedział to takim tonem, jakim normalni ludzie mówią „kontrola skarbowa” albo „spotkanie, które mogło być mailem”. Zanim zdążyłam zapytać, o co chodzi, światło w kuchni zamigotało lekko. Powietrze zrobiło się dziwnie nieruchome. Nawet stary opel na parkingu przestał charczeć.
A potem ktoś zapukał do drzwi. Trzy spokojne, uprzejme stuknięcia. Mój Diabeł Stróż zamknął oczy z wyraźnym cierpieniem.
-Powiedz, że mnie nie ma.
-Czy ty masz dwanaście lat?
-Mentalnie? Chwilami. Egzystencjalnie? Około czterech tysięcy.
Pukanie rozległo się ponownie. Westchnęłam ciężko i podeszłam do drzwi.
Za nimi stał mężczyzna w jasnym płaszczu. Idealnie uczesany. Idealnie spokojny. Wyglądał jak reklama zaufania społecznego. Albo bardzo drogi terapeuta.
Uśmiechnął się uprzejmie.
-Dobry wieczór. Czy zastałem Azazela?
-Nie ma mnie - odezwał się głos z kuchni.
Anioł zamknął oczy.
-Oczywiście, że jesteś.
-Technicznie rzecz biorąc, istnienie jest pojęciem płynnym.
Anioł wszedł do środka bez pytania. Pachniał zimowym powietrzem i czymś jeszcze — może deszczem, może starymi książkami. Spojrzał na spalony toster.
-Znowu?
-To był akt pedagogiczny.
-Ostatnim razem podpaliłeś ekspres do kawy.
-Bo ignorowała trzy objawy wypalenia zawodowego i dwa załamania nerwowe.
-Ludzie mają prawo do własnych decyzji.
-Och, oczywiście. Uwielbiacie to mówić pięć minut przed katastrofą.
Stałam między nimi z kubkiem w ręce i coraz silniejszym poczuciem, że albo śnię, albo weszłam do jakiejś kosmiczno-rajskiej wersji działu obsługi klienta.
Anioł spojrzał na mnie łagodnie.
-Proszę się nie martwić. Azazel ma… specyficzne metody pracy.
-Och, proszę cię - prychnął tamten. - Jestem Diabłem Stróżem. Specyficzne metody pracy są dosłownie w opisie stanowiska.
-Nie możemy ingerować w wolną wolę - powiedział anioł cierpliwie.
-A ja mogę. Dlatego mam lepsze statystyki.
-To nie są zawody.
-Wszystko jest zawodami.
Anioł westchnął tak ciężko, jakby robił to regularnie od początku stworzenia świata. A ja nagle zrozumiałam, że to nie jest pierwszy raz. Że od dawna kłócili się o moje życie bardziej niż ja sama.




Świetnie opowiedziane! Moje klimaty:)). Mój D. od pewnego czasu na wakacjach. Mam nadzieję, że sobie przedłuży urlop. A tych drugich, A, mam dwóch, jeden ponoć nie dawał rady...🫣😂
Ten twój diabeł sympatyczniejszy niż mój anioł.