Listy do Przyjaciół
Wiesz, zaczęłam się ostatnio zastanawiać, czy my się przypadkiem czegoś nie oduczyliśmy. Albo odwrotnie - czy nie nauczyliśmy się za dużo. Bo kiedy słucham rozmów o relacjach, mam wrażenie, że gdzieś między stawianiem granic a komunikacją potrzeb zgubiliśmy coś bardzo prostego: zwykłego bycia obok siebie bez konieczności wygrywania. Trochę tak, jakby każda różnica zdań musiała się skończyć werdyktem. Ktoś musi mieć rację, ktoś musi ustąpić, ktoś musi - mniej lub bardziej elegancko - przegrać.
A potem człowiek trafia na coś, co kompletnie nie pasuje do tego schematu.
Na relację, w której rozmowa jest przestrzenią, a nie pojedynkiem. I nagle okazuje się, że można się nie zgadzać bez napięcia. Można myśleć inaczej i nie czuć potrzeby, żeby kogoś naprawić. Co więcej - można nie mieć ostatniego słowa i nie czuć się z tym gorzej. I wtedy całe to nasze relacyjne ogarnięcie zaczyna wyglądać trochę jak nadprodukcja. Bo okazuje się, że nie trzeba aż tylu narzędzi, żeby było dobrze. Wystarczy, że nikt nie próbuje wygrać. I że nikt nikomu niczego nie musi udowadniać.
Nie ma tu punktów za trafne riposty ani ukrytej tabeli wyników. Nie pojawia się też to ciche napięcie, które każe sprawdzać, czy jeszcze jestem wystarczająca. Jest za to coś, co trudno sprzedać w poradniku i jeszcze trudniej opisać bez ryzyka, że zabrzmi banalnie.
Spokój.
Taki wynikający z braku potrzeby rozstrzygania różnic.
To chyba pierwszy moment od dawna, kiedy naprawdę rozumiem, co znaczy, że coś działa w dwie strony. Dzieje się naturalnie, bez wysiłku i bez układania strategii. Nie ma też tej lekkiej zadyszki, którą często nazywamy bliskością - i dobrze, że jej nie ma.
Nie wiem, czy to kwestia dojrzałości, czy zwykłego zmęczenia światem, który wszystko chce zamienić w proces, model albo „pracę nad relacją”.
Ale na pewno wiem, że jeśli coś nie wymaga udowadniania, to najczęściej jest prawdziwe. I dobrze jest mieć obok kogoś, przy kim nawet brak ostatniego słowa okazuje się w sam raz.




To, co prawdziwe, nie prosi o światło.
Jest jak cisza, która nie potrzebuje wyjaśnień.
A tam, gdzie nie trzeba ostatniego słowa,
zostaje coś cenniejszego obecność, która niczego nie musi domykać. Cudny tekst.
"Wystarczy, że nikt nie próbuje wygrać."
Tak, recepta jest prosta i na wyciągnięcie ręki, ale paradoksalnie wymaga wygrania pewnego pojedynku i to czasami dość trudnego.
Żeby nikt nie próbował wygrać, to najpierw "coś" musi przegrać. Tym czymś jest nasze ego i wszystko co w sobie skrywa, bo często jest za mocno zaprogramowane na to "wygrywanie".
Warto więc ten mały pojedynek z ego wygrać, aby potem móc na luzie przegrywać lub po prostu zręcznie omijać potrzebę "wygrywania".
I pełna zgoda, tak robi się wtedy o wiele lżej :)