Przezroczystość
Znacie ludzi, przez których przechodzi się jak przez dobrze oświetlony dworzec? Wszystko w nich jest opisane, nazwane, ustawione w równych rzędach. Rozmowa z nimi przypomina czytanie instrukcji obsługi świata. Człowiek wychodzi z takiego spotkania czysty, uporządkowany i dziwnie nietknięty.
A potem spotykamy innych. Takich, po których poruszamy się niemal bezszelestnie, jak po starym domu nocą.
Od dawna mam wrażenie, że należę do tej drugiej kategorii, choć nie wiem, czy jest w tym cokolwiek chwalebnego. Prześlizguję się po umysłach ludzi cienko i miękko, jak smuga światła po parkiecie. Nie zostawiam ciężkich śladów. Raczej lekkie zadrapania myśli, drobne zawahania w powietrzu. Czasem jedno zdanie, które wraca do kogoś podczas mycia naczyń. Czasem obraz tak niepozorny, że wydaje się przypadkiem - a jednak osiada gdzieś głęboko, między zmęczeniem a bezsennością.
Zawsze fascynowało mnie to osobliwe podziemie ludzkich głów. Ich prywatne miasta. Każdy nosi w sobie całe dzielnice niedopowiedzianych historii, magazyny starych lęków, strychy pełne dziecięcych przesądów i małe pokoiki, do których wpuszcza tylko wybrane osoby. Większość życia społecznego polega przecież na uprzejmym mijaniu tych miejsc. Rozmawiamy ze sobą głównie z poziomu parteru. A ja chyba od zawsze próbowałam przechodzić bokiem. Korytarzami technicznymi. Przez szpary. Może dlatego ludzie tak często zaczynają mówić przy mnie rzeczy, których wcale nie planowali powiedzieć. Jakby mylili mnie z ciszą. Jakby we mnie było jakieś stare, ciemne okno, przy którym można na chwilę usiąść i odstawić ciężar własnego życia.
Nie robię tego z wyrachowania. Nigdy nie umiałabym być kolekcjonerką cudzych tajemnic. One są zbyt kruche. Noszą na sobie ten charakterystyczny zapach ludzkiego wnętrza: trochę kurzu, trochę wstydu, trochę samotności ogrzanej od środka nadzieją, że jednak ktoś zrozumie.
Bywa jednak, że po takich spotkaniach wracam do siebie dziwnie przezroczysta. Jakbym, przechodząc przez cudze umysły, sama stawała się coraz mniej materialna. Kiedyś, u Schulza chyba, przeczytałam o materii, która nieustannie pulsuje, rozrasta się i przepoczwarza. Myślę czasem, że ludzkie myśli są właśnie taką materią niższego rzędu - półsenną, miękką, lepioną bardziej z przeczuć niż z logiki. A ja od lat brodzę w niej po kostki. Czasem wystarczy jedno spojrzenie i już widzę, jak w kimś porusza się całe stado niespokojnych zwierząt i nerwowo przestępujących z nogi na nogę wspomnień. Małych katastrof, które nauczyły się mówić dzień dobry spokojnym głosem.
Jednak niemal nikt nie pyta, co zostaje wtedy we mnie. Bo prześlizgiwanie się po cudzych umysłach wygląda z zewnątrz lekko, niemal elegancko, jakby było darem. A to przecież trochę przypomina życie człowieka, który nauczył się chodzić po cienkim lodzie emocji tak długo, aż wszyscy uznali, że urodził się bez ciężaru…




A pięknie o tych dzielnicach, podziemiach głów i ich prywatnych miastach. Trafiły do mnie te metafory i siedzą w głowie.
Ten tekst przypomina, że prawdziwe poznanie kogoś to nie analiza jego „elewacji”, lecz cierpliwe odkrywanie tych starannie strzeżonych, prywatnych kondygnacji. Wow. #podwrazeniem
Trzy razy przeczytałam. Jak zawsze - piękne i mędre.
To o "ludziach dworcach" bezcenne. Dworzec z natury jest miejscem przechodnim. Może dlatego ludzie z takim trudem dzisiaj znajdują kogoś przy kim chcą się zatrzymać.
Do Ciebie zaś wszyscy by się chętnie wprowadzili od zaraz. Może trzeba dorobić klucz do drzwi "starego domu"?