Spokój
Ludzie bardzo często wyobrażają sobie spokój jako skutek szczęśliwego życia. Jakby był nagrodą za dobrze ułożoną rzeczywistość, brak strat, lęku, zbyt ciężkich myśli. Taki spokój z katalogu wnętrz: miękkie światło, ceramiczny kubek, roślina w lnianej osłonce i ktoś, kto najwyraźniej ma wszystko poukładane.
A prawdziwy spokój bardzo rzadko rodzi się w łatwych miejscach. Najczęściej powstaje powoli, trochę wbrew światu. Jest czymś wypracowanym przez ludzi, którzy któregoś dnia zrozumieli, że nie da się żyć w permanentnym alarmie. Że albo nauczymy się oddychać mimo chaosu, albo chaos wejdzie nam do krwiobiegu i zacznie mówić naszym głosem.
Myślę czasem, że dlatego tak łatwo pomylić ludzi spokojnych z ludźmi beztroskimi. Patrzymy na nich i widzimy łagodność, regularność ruchów, ciszę w sposobie mówienia. Nie widzimy godzin spędzonych na składaniu siebie z drobnych kawałków po cudzych słowach, własnych rozczarowaniach i wszystkich tych nocach, podczas których w głowie przewija się rozmowy jak stare taśmy.
Nie widzimy pracy. A spokój jest przecież codzienną i bardzo cichą pracą.
Bywa też czymś więcej - formą obrony. Delikatną, ale niezwykle skuteczną bronią przeciwko temu wszystkiemu, co próbuje nas rozedrzeć od środka: smutkom, przeciążeniu, lękowi, chaosowi, cudzym emocjom i własnym zawirowaniom. Niektórzy wybierają spokój z bardzo prostego powodu: za dobrze poznali już bałagan, lęk i zmęczenie, żeby jeszcze zapraszać je do siebie.
To nie jest naturalny stan osoby przeciążonej światem, a raczej decyzja, żeby nie oddawać światu całego wnętrza do dyspozycji. Żeby zostawić w sobie miejsce, do którego nie mają dostępu wiadomości, konflikty, oczekiwania i ten nieustanny hałas cudzych emocji.
Chyba dlatego tak wielu instynktownie nie szuka dziś miejsc idealnych czy motywacyjnych, ale właśnie spokojnych.
Każdy jest już zmęczony byciem bombardowanym. Zmęczony językiem, który wszystko zamienia w kryzys, rewolucję albo katastrofę. Zmęczony relacjami przypominającymi pole negocjacyjne i internetem, który od rana próbuje wmówić, że powinno się być bardziej produktywnym, bardziej atrakcyjnym, bardziej stanowczym, bardziej jakimś.
A potem trafia się na czyjś tekst i nagle pojawia się ulga, choć nawet trudno wyjaśnić dlaczego.
To chyba dlatego, że spokój działa trochę jak dobrze oświetlony dom widziany nocą z daleka. Nie rozwiązuje wszystkich problemów. Ale przypomina, że istnieją jeszcze miejsca, w których nikt nie krzyczy.
Co w tym wszystkim jest najcenniejsze? Ano to, że prawdziwy spokój jest i pokazuje, że może istnieć mimo cierpienia.




Myślę, że spokój nie pojawia się po tym, jak wszystko w życiu zaczyna się układać. On przychodzi dopiero wtedy, kiedy człowiek jest już zmęczony noszeniem w sobie całego świata. Bardzo długo wydawało mi się, że muszę wszystko przeżywać mocniej, bardziej, do końca. Dziś chyba bardziej uczę się chronić własną ciszę. Nie z obojętności. Ze zmęczenia. I chyba dlatego tak poruszają mnie ludzie, przy których nic nie trzeba udowadniać.
Spokój, to rozumienie.